Dni mijały nam na względnym
spokoju. 13 listopada wyszła płyta chłopaków i coraz częściej
byłam sama w domu. Wywiady, występy, spotkania i tak w kółko.
Udało mi się znaleźć dorywczą pracę. Musiałam być pod
telefonem. Miałam fotografować na życzenie. Jeśli zadzwonili do
mnie, miałam przyjechać, cyknąć kilka fotek i wszystko. Kasa nie
była jakaś wielka ale zawsze dobre i to. Fotografowałam wszystko,
poczynając od jedzenia do ulotek reklamowych a kończąc na
weselach. Pracowałam tak jakby w pośrednictwie fotograficznym.
Między mną a Harrym było wspaniale. Troszczył się o mnie i
kochał, ja go zresztą też. Uczyliśmy się siebie, poznawaliśmy
każdego dnia. Liam już się wyprowadził. Mieszkał trzy ulice od
nas. Zayn zamieszkał razem z Perrie którą miałam przyjemność
poznać. Jest w porządku choć nie ukrywam, że wolę Eleanor. W
domu zostaliśmy w czwórkę ale to kwestia czasu aż Lou i Niall też
się wyprowadzą. Zresztą my postanowiliśmy również się
wyprowadzać, obecny dom sprzedać i podzielić kasę między
chłopaków. Harry wspominał coś, że ma już jakiś upatrzony.
Zapoznawałam się ze światem One Direction. Ze wszystkimi ludźmi
którzy nas otaczali przy każdej możliwej okazji. Nawet podczas
robienia chłopakom makijażu w pomieszczeniu przebywało jakieś
piętnaście osób i każdy był od czegoś innego. Oswajałam się z
moim nowym życiem.
Było okropne, listopadowe
popołudnie. Wracałam właśnie z agencji, ponieważ byłam
dostarczyć im wykonane zlecenie. Zdjęcia ślubne Katherine i Boba,
przemiłej pary młodej. Po drodze zrobiłam zakupy, żeby żarłoki
miały co jeść.
-Heeej. Jest ktoś w domu? -
krzyknęłam po otwarciu drzwi.
-Jesteśmy w salonie. Twój
misiu jest z Liamem na siłowni. - krzyknął Niall.
-Okeeeej. -odpowiedziałam i
poszłam rozpakować zakupy. Naprawdę coraz bardziej lubiłam piątkę
tych czubków. Było mi smutno, że będziemy mieszkać oddzielnie
ale sami tak zdecydowali. Pewnego wieczoru usiedliśmy wszyscy do
stołu łącznie z Perrie i Eleanor i rozmawialiśmy o tym wszystkim
co teraz się wokół nas dzieje. Zespół zgodnie stwierdził, że
chcą mieszkać oddzielnie, żeby się sobą nie zmęczyć. Są razem
24 godziny na dobę i coraz częściej zdarzają się głupie
zaczepki. Tym bardziej, że za niecałe trzy miesiące zaczyna się
trasa koncertowa. A więc razem z dziewczynami zgodziłyśmy się na
taki układ. Wlałam sobie pomarańczowego soku i poszłam do salonu.
Usiadłam koło Nialla gdy nagle zadzwonił mi telefon. Dzwoniła
Anka.
-No hej siostrzyczko –
powiedziałam do niej po polsku.
-Paula ja nie wiem jak mam ci to
powiedzieć.- płakała w słuchawkę a mnie zmroziło
-No mów do cholery. - wydarłam
się i wstałam. -Mama dzisiaj w nocy dostała zawału. Rano pani Ala znalazła ją martwą... - nie słuchałam dalej. Oparłam się o ścianę i zsunęłam się po niej. Telefon wyślizgnął mi się z ręki ale miałam to w dupie. Mój świat się skończył. I wtedy nastała ciemność.... Zemdlała. Nie wiem jak długo byłam nieprzytomna. Obudziło mnie mocne uderzenie w twarz. Nade mną był Louis a obok Niall trzymał szklankę z wodą.
-Boże co się stało? Źle się czujesz? - pytali ale miałam to gdzieś. Miałam wszystko w dupie. Moja kochana mamusia nie żyje. Już nigdy jej nie zobaczę, nigdy nie porozmawiam z nią, już nigdy mnie nie przytuli, już nigdy... Klucha w gardle rosła z każdą sekundą ale oczy uparcie nie chciały uronić ani jednej łzy. Chłopacy podnieśli mnie i wpatrywali się we mnie oczekując odpowiedzi. Ale ja nie mówiłam nic tylko tępo na nich patrzyłam pragnąc żeby ktoś mocno mnie przytulił. Ale tego cholernego Hazzy jak zwykle nie było przy mnie gdy potrzebowałam pomocy. Muszę tam lecieć, przecież muszę się z nią pożegnać, pomyślałam. Błyskawicznie znalazłam się w pokoju, wyciągnęłam walizkę i zaczęłam się pakować. Niall stał w progu i osłupiony przyglądał mi się. Louisa nie było, pewnie dzwoni do Harry'ego, przemknęło mi przez głowę.
-Niall rezerwuj mi bilet do Polski do Poznania. Jak najszybciej, cena nie gra roli. - powiedziałam do blondyna pakując moją kosmetyczkę.
-Ale czemu?
-Boże Niall pospiesz się, błagam.
Chłopak wybiegł z pokoju a ja
spakowana nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Poszłam na taras
i zapaliłam papierosa. Potem drugiego, trzeciego... Jedyna myśl
jaka kłębiła mi się w głowie to , co ja teraz zrobie?' .
Siedziałam i wpatrywałam się przed siebie gdy do domu wpadł
zdyszany Harry.
-Jezu co się stało? - zapytał
mnie.
-Moja mama umarła dzisiaj w
nocy. - gdy to powiedziałam tama pękła a z moich oczu poleciały
strumienie łez. Loczek nie mówił już nic więcej tylko wziął
mnie na ręce i zaniósł do salonu. Przytulił i kołysał jak małe
dziecko czekając, aż się uspokoję. Ale to nie pomagało. Wyłam
jak kojot do księżyca i czułam jak moje serce rostrzaskuje się
na miliardy kawałków. Wtedy do salonu wpadł Niall wystraszony jak
nigdy.
-Najbliższy wolny lot jest
pojutrze. - powiedział.
-Ku*wa, ku*wa, ku*wa!!!!!
Przecież ja tam muszę lecieć. - wstałam i zaczęłam panikować.
-Usiądź i przestań panikować.
Zaraz wrócę. Louis zajmij się nią. - powiedział Harry i
wyszedł. Po dwudziestu minutach wrócił.
-Jesteś już spakowana?-zapytał
-Tak. - odpowiedziałam.
-No to super. Za 1.5 godziny
lecimy do Polski. Idę się spakować. - powiedział i poszedł do
naszego pokoju. Pobiegłam za nim.
-Ale jak lecimy skoro nie było
wolnych lotów? I z jakiej racji ty lecisz ze mną? A Twoja praca?
Nie chcę żadnej szopki na pogrzebie z fanami i zdjęciami.
-Lecimy prywatnym odrzutowcem
zespołu. Lecę z Tobą, przecież nie zostawię cię samej w takiej
sytuacji. Poza tym i tak mamy dwa tygodnie wolnego. A w razie czego
poradzą sobie beze mnie, wszystko już jest załatwione. - podszedł
i pocałował mnie w czoło.
-Nie wiem jak mam ci dziękować.
Harry świat mi się wali, ona umarła przeze mnie. - przytuliłam
się do niego i po raz kolejny rozpłakałam się.
-Nie mów głupot. - gładził
mnie po włosach.
-Gdybym była w domu to
zadzwoniłabym po karetkę i mama by żyła...
-To nie jest twoja wina
rozumiesz? - schylił się i spojrzał mi w oczy – to nie jest
twoja wina. Cmoknął mnie w czoło i wrócił do pakowania. Pół
godziny później jechaliśmy już na lotnisko.